piątek, 8 marca 2013

Rozdział 17


Mężczyźni, których twarze zakrywały nisko opuszczone kaptury, kopali leżącego na ziemi nieprzytomnego chłopaka. Kiedy usłyszeli nadjeżdżający samochód i nieco się zdenerwowali. Przy tej ulicy mieszkało mnóstwo wysoko postawionych osób i lepiej by było, żeby ich nikt nie zauważył.
- Chłopaki kończymy! – odezwał się jeden z nich prawdopodobnie przywódca, ale nie zdążył zadać ostatecznego ciosu. Mercedes klasy S zahamował z piskiem opon i wyskoczyło z niego dwóch potężnie zbudowanych ochroniarzy. Za nimi biegł przerażony Tom, któremu leżąca na trawniku sylwetka wydała się znajoma. Rozpoczęła się regularna bijatyka i z daleka słychać już było syreny policyjnych wozów, ale mężczyzna zupełnie nie zwracał na to uwagi. Uklęknął przy leżącym chłopaku, któremu z kącika ust sączyła się krew, aż bał się pomyśleć co mogło znajdować się pod ubraniem. Ułożył jego głowę na swoich kolanach. Ściągnął kurtkę i opatulił jego ciało. Było jeszcze dość zimno, dopiero niedawno zawitała wiosna.
- Mirek, ocknij się, powiedz gdzie cię boli – usiłował ocucić lecącego mu przez ręce mężczyznę. – Wytrzymaj, nie waż się tu umrzeć! Gdzie ja znajdę takiego drugiego gosposia! – Delikatnie ocierał mu krew z twarzy. Na szczęście wraz z policją dotarła też karetka pogotowia. Lekarz zadał tylko kilka pytań, a gdy zbadał pobieżnie nieprzytomnego, przełożono go na nosze i załadowano do samochodu. Tom ruszył za nim z piskiem opon, ręce mu się trzęsły na kierownicy. Wziął głęboki oddech usiłując się uspokoić. Mirek potrzebuje pomocy, nie mógł teraz pozwolić sobie na spowodowanie wypadku. Równo z karetką zajechał przed szpital. Wpadł jak burza na oddział ratunkowy. Tutaj został zatrzymany przez personel szpitala. Nie miał wyjścia, grzecznie usiadł pod drzwiami. Ukradkiem wyciągnął komórkę i zadzwonił do Wojtka.
Tymczasem Mirka zabrano od razu na blok operacyjny. Miał paskudnie złamaną lewą nogę którą od razu zoperowano, liczne krwiaki i sińce na całym ciele oraz silny wstrząs mózgu. Na szczęście nie było krwotoku wewnętrznego czego obawiali się lekarze. Po zabiegu przewieziono go na salę intensywnej terapii, gdzie odwiedzający nie mieli wstępu. Nadal był nieprzytomny, ale tak było chyba dla niego lepiej, ciało powoli się regenerowało, a on nie odczuwał skutków  pobicia.
Wojtek jak tylko dowiedział się o co chodzi, dał znać także Aleksowi i popędził so szpitala. Spotkał się w holu z ledwo kontaktującym ze zdenerwowania Tomem. Na szczęście operacja się skończyła i zostali poproszeni do gabinetu lekarskiego.
- Czy panowie są rodziną Mirosława Chojnickiego? – zapytał siwowłosy chirurg, nadal ubrany w zielony kitel.
- On nie ma żadnej rodziny, jesteśmy jego przyjaciółmi – odezwał się przejęty Cindy. – Jak on się czuje?
- Skoro tak, to chyba mogę wam zdradzić, że zabieg się udał. Ma sporo ran, ale to nic groźnego. Niepokoi mnie tylko ten wstrząs mózgu, ktoś musiał mocno kopnąć go w głowę, ale z tym sobie też powinniśmy poradzić. Jutro powinien zostać przeniesiony na ogólną salę i będzie można go odwiedzić. Na razie to wszystko co mogę wam powiedzieć – uśmiechnął się do nich uspokajająco.
- Doktorze – odezwał się Tom – gdyby pan potrzebował czegokolwiek, co pomogłoby w leczeniu Mirka, to niech pan nie zawaha się prosić – położył swoja wizytówkę na biurku.
- A nowy rezonas magnetyczny wchodzi w grę, bo stary zepsuł się już trzeci raz w tym miesiącu – zażartował lekarz doskonale wiedząc, że koszt urządzenia to około ośmiu milionów złotych. Nie znał nikogo, aż tak bogatego, by stać go było na taki zakup.
- Jutro proszę oczekiwać dostawy, a jeśli dobrze zajmiecie się Mirkiem, to może  nawet dorzucę coś więcej – odpowiedział poważnie Kaser, wziął Wojtka pod rękę i obaj już nieco spokojniejsi wyszli z gabinetu. Chirurg jak tylko zamknęły się za nimi drzwi wyszedł do recepcji, by zamówić sobie jakąś kolację.
- Co ma pan taką dziwną minę doktorze? – zapytał z uśmiechem portier.
- Wyobraź sobie Władek, że ci państwo, którzy przed chwilą wyszli, obiecali mi na jutro nowy rezonans. Nie mieli pojęcia o czy mówią. Chciałbym widzieć ich miny jak zobaczą cenę – roześmiał się lekarz. Jakie było jego zdziwienie, kiedy następnego dnia rano wszedł do szpitala i w holu czekało na niego trzech mężczyzn. Jeden z nich podszedł do niego z jakimiś dokumentami.
- Doktor Cisowski?
- A o co chodzi? – nie miał ochoty zaczynać dnia od dyskusji z jakimś przedstawicielem firmy farmaceutycznej.
- Mam dla pana przesyłkę i trzeba ją pokwitować – wręczył mu fakturę.
- Osiem milionów dwieście tysięcy?! Co to u licha jest, jakiś kawał?! – wykrzyknął przeglądając gorączkowo papiery.
- Skąd, rezonans od pana Kasera, powiedział, że jak dostarczymy go rano, to dostaniemy premię – uśmiechnął się do lekarza, który właśnie osunął się na najbliższe krzesło i zaczął ocierać pot z czoła.
- Władek, miej serce i podaj mi mineralną z lodówki, jakoś mi słabo – zawołał do portiera chirurg, właśnie skłonny uwierzyć w opatrzność.

***
Mirek szybko wracał do zdrowia codziennie odwiedzany przez przyjaciół. Dwaj pacjenci leżący z nim na sali zazdrościli mu licznych wizyt. Tymczasem sam chłopak nie był aż tak bardzo zachwycony, ponieważ oprócz najbliższych, drzwi szturmowali  liczni wielbiciele, którzy na jego nieszczęście nie zapomnieli nieszczęsnego reportażu o świnkach. Dzięki Kaserowi porządku pilnowali jednak dwaj ochroniarze i nie wpuszczali do środka nikogo obcego. Personel szpitala bawił się doskonale, obserwując te podchody zauroczonych Mirkiem fanów, tym bardziej, że wszystkie te czekoladki, torciki i inne słodkości lądowały w dyżurce pielęgniarskiej lub lekarskiej. Zdenerwowany tłumami natrętów chłopak kazał je tam za każdym razem odsyłać.
 Tego dnia Mirek miał jeszcze większy powód do złego humoru. Dzisiaj lekarz powiedział mu , że jutro może już wyjść do domu. Martwił się co teraz zrobi. Był całkowicie unieruchomiony na najbliższe cztery tygodnie. Pewnie straci pracę i przyjdzie mu iść pod most, bo jego oszczędności na długo nie starczą.
- Coś taki skrzywiony? Boli cię coś? – rzucił już od progu Wojtek, na widok miny przyjaciela.
 - Nie, tylko mnie odsyłają do domu i nie wiem, co teraz będzie – nie chciał narzucać się kumplowi, który miał wystarczająco dużo własnych problemów i niepotrzebny mu jeszcze kaleka z gipsem.
- Jak to co? – odezwał się Kaser, który stał na korytarzu i już od kilku chwil przysłuchiwał się ich rozmowie. – Wracasz do domu i odpoczywasz. Zatrudniłem na godziny panią Stefanię, zajmie się na czas twojego leczenia domem. Posprzątała już twój pokój i wstawiliśmy ci tam łóżko ortopedyczne. Jest całkiem wygodne, sam sprawdzałem – uśmiechną się do zaskoczonego chłopaka.
- Tom, nie wiesz co mówisz, przecież ja na razie nie potrafię się nawet sam umyć – pokręcił głową nad jego kompletną ignorancją Mirek. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić Kasera jako pielęgniarki.
- Z przyjemnością ci pomogę – w głosie mężczyzny słychać było drapieżne nutki – kupiłem już nawet dwie mięciutkie, różowe gąbeczki. – Jego oczy zaczęły wędrować po ciele chłopaka.
- Wojjteek… raatuj! – wrzasnął, przerażony rysującą się przed nim perspektywą Chojnicki. Pełna zadowolenia twarz szefa i błyszczące jak u złego wilka oczy nie wróżyły niczego dobrego.

***

Siostry Piekiełko siedziały w kuchni i pałaszowały śniadanie. Poprzedniego dnia z nerwów nie mogły niczego przełknąć i teraz puste żołądki domagały się jakiegoś paliwa. Rozmawiały przyciszonymi głosami, bacznie obserwując otoczenie. Zauważyły, że kucharka gdzieś wyszła i zapomniała zamknąć tylnych drzwi.
 - Chodź, to nasza szansa – szepnęła Olga. Na palcach, boso wymknęły się z domu. O dziwo nie natknęły się na nikogo. Płot nie był zbyt wysoki, więc bez trudu go przeskoczyły. Nie miały przy sobie pieniędzy, więc wsiadły do tramwaju i na gapę przejechały pół miasta. Ludzie dziwnie się patrzyli na ich gołe nogi, ale nic sobie z tego nie robiły. Postanowiły od razu chwycić byka za rogi i skierowały się prosto do domu Mendozy.  Pani Oliwia siedziała w salonie i przeglądała pocztę. Obrzuciła je zdziwionym spojrzeniem. Brudne nogi, cienkie, poplamione bluzeczki i przekrzywione spódnice nie były najlepszym strojem wizytowym.
- Moje biedactwa – zaprosiła ich gestem na kanapę i nalała herbaty – co się stało?
- Chyba powinna pani spytać o to swojego syna! – odezwała się po chwili milczenia Olga.
- Miałyśmy bardzo niemiłą przygodę – dodała Magda, podnosząc filiżankę do ust. W tym momencie na schodach pojawił się sam pan domu. Zatrzymał się, widać było, że jest zaskoczony ich widokiem. Przywitał się z paniami i obrzucił siostry złośliwym uśmieszkiem.
- To jakaś nowa moda? – zapytał bezczelnie.
- Myślę, że nasz wygląd zawdzięczamy właśnie tobie! – zaperzyła się Magda. – Ty łajzo spod ciemnej gwiazdy, chciałeś się nas pozbyć! – wstała i zacisnęła dłonie w pięści. Siostra zrobiła to samo.
- Drogie panie, macie jakieś dowody na poparcie waszej, jakże fantastycznej teorii? – zapytał ich wyniośle Mendoza.
- No… ale przecież… My nie mamy żadnych wrogów! – Warknęła Olga.
- Wiecie ,,kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”. Pewnie zrobiłyście komuś o jeden kawał za dużo! Na waszym miejscu przemyślałbym swoje zachowanie! – odezwał się groźnie mężczyzna i zmierzył je lodowatym spojrzeniem.
- Dajcie spokój tym sprzeczkom! – odezwała się pani Oliwia. – Ty idź wreszcie do swoich zajęć – wypchnęła syna z salonu, wzrokiem wyraźnie dając mu do zrozumienia, że jeszcze się z nim rozprawi. – A wy moje drogie, może skorzystacie z mojej łazienki. Doprowadźcie się do porządku, a ja poszukam dla was jakiś ubrań – ruszyła po schodach na piętro, a dziewczęta potruchtały grzecznie za nią.

***
 Wojtek w czasie pobytu Mirka w szpitalu miał rzeczywiście sporo problemów. Nie dość, że martwił się o zdrowie poturbowanego przyjaciela, to jeszcze walczył zaciekle z rzeszą swoich wielbicieli. Zazdrosny narzeczony wcale mu w tym nie pomagał, a wręcz przeciwnie doprowadzał do szału różnymi głupimi uwagami i pomysłami. Co dziwne, że im bardziej Mendoza się wściekał i odgrażał fanom Cindy, w tym liczniejszej grupie powracali, wyraźnie tocząc z nim jakąś grę. . Mężczyzna miał wrażenie, że specjalnie dwoją się i troją, aby doprowadzić go do szału. Jedli właśnie kolację, gdy pod oknami rozległy się dźwięki serenady.

,,Myśl o mnie, bo ja wciąż myślę o Tobie,
I blasku Twoich oczu-zapomnieć nie mogę.
Spójrz nocą w gwiazdy srebrzyste na niebie,
A zobaczysz jak pięknie uśmiecham się do Ciebie.
Posłuchaj przez chwilę szumu wiatru w drzewach,
A usłyszysz jak moje serce dla Ciebie śpiewa.”

Wojtek, umknął przed rękami Aleksa i zaciekawiony wyszedł na balkon. Na ulicy stała grupa mariachi w białych sombrerach, śpiewak zawodził miłosną pieśń patrząc prosto w jego okno. Chłopak podparł się rękami na balustradzie i zachwycony słuchał pięknej pieśni. Zupełnie przestał zwracać uwagę na dobiegające z pokoju warczenie Aleksa. Gdy piosenka się skończyła jeden z mężczyzn rzucił na balkon ogromny bukiet czerwonych róż. Chłopak podniósł go, wszedł do środka i wtulił w niego twarz.
- Po co wziąłeś to zielsko? Wyrzuć je! – Mendoza usiłował mu wyrwać z rąk kwiaty. – Jak możesz brać prezenty od jakiegoś frajera!
- Zabieraj łapy – chłopak spojrzał na niego wyniośle - są piękne. Ktokolwiek to był na pewno jest dżentelmenem w przeciwieństwie do ciebie. Wie jak zdobyć serce ukochanej osoby, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Nigdy od ciebie nic nie dostałem poza pierścionkiem zaręczynowym. Może powinienem się zainteresować tym wielbicielem? – wydął usta, sprawiając wrażenie, że głęboko się zastanawia nad tą opcją.
- Przepraszam, chyba rzeczywiście cię trochę zaniedbałem – Aleks wziął go w ramiona i przytulił do siebie, zgniatając między ich ciałami róże. – Może zrobimy sobie jutro taki dzień dla nas dwojga? Mirek już czuje się dobrze, więc możesz jeden dzień odpuścić.
- A co będziemy robić? – ciekawość wreszcie wzięła nad nim górę.
- Zobaczysz, to niespodzianka – Uśmiechnął się mężczyzna. Pocałował słodkie usta Wojtka i polizał jego dolną wargę, prosząc o dostęp do ciepłego wnętrza. Chłopak z westchnieniem poddał się upajającej pieszczocie. W obecności narzeczonego czuł się tak bezpiecznie jakby ktoś otulił go miękką kołderką i odgrodził od całego zła. Twarde ciało Aleksa było jak kamienny mur - mocne i pewne. Wiedział, że coraz bardziej pogrąża się w uczuciach do niego, coraz silniej na nim polega. Pierwszy raz tak bardzo komuś zaufał i miał nadzieję, że nie będzie tego żałował.





czwartek, 7 marca 2013

Z okazji Dnia Kobiet mała niespodzianka dla czytelników.

Na Yaoi Fnafiction jest nowa miniaturka.  Z okazji Dnia Kobiet Życzę wszystkim czytelniczkom takich płomiennych romansów - http://sy-ff.blogspot.com/

sobota, 2 marca 2013

Ogłoszenie!

Czasami piszę krótkie opowiadanka, które powstają pod wpływem chwili. Nie były do tej pory nigdzie publikowane. Jeśli macie ochotę na odrobinę zabawy, to znajdziecie je od dzisiaj na Yaoi Fanfiction pod tym adresem - http://sy-ff.blogspot.com/
Lojalnie ostrzegam, że to parodie dla yaoistów o mocnych nerwach. Nie polecam czytać po jedzeniu.

Rozdział 16


Mirek spał bardzo niespokojnie. Całą noc śniły mu się jakieś koszmary. Bał się, że w każdej chwili może wejść do jego pokoju wściekły Tom i  wyrzucić go na ulicę. Zajęcia na uczelni mieli od ósmej rano. Ubrał się, spakował najpotrzebniejsze rzeczy do małego plecaka, porwał jakiegoś banana z kuchni i włączył komórkę. Liczba wiadomości na wyświetlaczu go przeraziła. Było ich tam ponad pięćset. Włączył laptopa. Skrzynka elektroniczna nie chciała się otworzyć, wyładowana po brzegi e-mailami. Po cichu otworzył drzwi. Nie miał najmniejszej ochoty na następne starcie. Bacznie się rozejrzał, by nie natknąć się na szefa. Na palcach przebiegł korytarz i ruszył do domu Wojtka. 
Cindy z narzeczonym siedzieli właśnie przy śniadaniu. Mendoza na jego widok natychmiast zmarszczył gniewnie czarne brwi. W innym wypadku, Mirek by na pewno uciekł, ale teraz musieli  razem z przyjacielem stawić czoło licznym problemom. Dzisiejszy dzień na uczelni zapowiadał się jako jedna, wielka katastrofa.
- A ty tu po co? Znowu chcesz wciągnąć Wojtka w jakieś błoto? - Warknął na niego Aleks.
- Zawsze chodzimy razem do szkoły – odpowiedział ugodowo Mirek, zastanawiając się ile może przy tym facecie powiedzieć.
- Więc lepiej przestańcie! Zawsze, kiedy jesteście w duecie wpadacie po uszy w kłopoty. Mam wrażenie, że macie na spółkę pół mózgu.
- Ej, nie przesadzaj! – wymamrotał Cindy z buzią pełną racuszków. Wyglądał zupełnie jak mały chomik. Na ustach miał cukier puder, a włosy niesamowicie rozczochrane, opadające na plecy dzikim gąszczem kasztanowych loków. Wyglądał tak uroczo, że mężczyzna nie mógł się powstrzymać, nachylił się i zlizał słodki lukier z jego warg. Wojtek zarumienił się, nie spodziewając się takiego ataku, a Mirkowi oczy omal nie wypadły z orbit.
- Przestańcie się przy mnie obśliniać, to ohydne! Lepiej włącz telefon i zobacz co się dzieje! – zwrócił się do na wpół leżącego w ramionach narzeczonego, rozanielonego Wojtka 
- Dobrze, już dobrze, aleś ty się marudny z rana zrobił. Ten celibat ci nie służy – Cindy usiadł grzecznie na krześle i wystawił do przyjaciela język. Gdy jednak zerknął na swoją komórkę natychmiast się zachmurzył. – Czy oni powariowali? Sesja się zbliża wielkimi krokami, a te bałwany interesują się moim tyłkiem? Co za hołota! – Burczał pod nosem, przeglądając wiadomości. Jedne głupsze od drugich. Zaczął czytać na głos:
,, Twoja pupa z tymi słodkimi kokardkami śniła mi się całą noc”
,, To był najzabawniejszy reportaż z nudnej imprezy jaki obejrzałem w telewizji. Twoja dupa jest najlepsza. Ha ha!’’
,, Rzuć Mendozę wybierz mnie!’’
,, Kocham cię, wyjdź za mnie!’’
,,Spotkajmy się, tylko Ja, Ty i cała noc szaleństw!’’
- Wiecie, że są nawet obrazki? – Wojtek pokazał Mirkowi zdjęcia penisów, które jak pisali właściciele, chętnie poznają bliżej jego śliczny tyłek.
- Pokaż to! – Aleks wyrwał mu z ręki telefon. Zaczął przeglądać skrzynkę i z każdą chwilą czerwieniał coraz bardziej. Zagryzł usta w wąską kreskę, a zielone oczy dosłownie świeciły jak latarnie. Poderwał się z krzesła, złapał zaskoczonego Kopciuszka w talii i przerzucił sobie przez ramię.
- Co wyprawiasz wariacie! – pisnął chłopak i usiłował się wyrwać. Zaczął kopać nogami, ale dostał klapsa i przestał.
- Nigdzie nie pójdziesz, nie wydam cię na pastwę tych zboczeńców! – Mężczyzna podążył po schodach do ich sypialni i zamknął za sobą drzwi na klucz. – Będziesz tu siedział do odwołania! – postawił go na ziemi i oparł się o ścianę z pochmurną miną.
- Aleks, nie bądź niemądry. Muszę chodzić na wykłady, jeśli chcę zaliczyć – tłumaczył spokojnie Wojtek. – Nie jestem zachwycony, ale jakoś muszę sobie poradzić z tym tłumem napaleńców. Po kilku dniach im przejdzie i znajdą sobie inną rozrywkę – wspiął się na palce i pocałował naburmuszonego mężczyznę w usta. – Wiesz, że słodko wyglądasz z tą marsową miną zazdrośnika? – cmoknął go jeszcze raz, a w jego brązowych oczach błysnęło rozbawienie. Cofnął się do tyłu i po kryjomu włożył rękę do wiaderka z lodem, w którym wcześniej mroził się szampan. Nabrał całą garść śliskich kosteczek. Uśmiechał się przy tym cały czas niewinnie do narzeczonego, patrząc mu prosto w oczy.
- O czym ty gadasz głupolu? – Aleks spojrzał na niego z wyniosłą miną. – Ja się tylko troszczę o twoje bezpieczeństwo!
- Wiem, nie mam ci tego za złe. W takim razie może zajmiemy się czymś bardziej interesującym niż kłótnią?  – Cindy oblizał się wymownie i pogładził ręką jego krocze.
- Zrobił się z ciebie straszny pieszczoch.
- Masz coś przeciwko? – wyszeptał chłopak niskim głosem. Lewą ręką zaczął gładzić jego pierś, zjechał niżej do zapięcia spodni i odpiął uparty guziczek. Wsunął palce do środka. Znienacka prawą wrzucił tam całą garść lodu.
- Ożesz ty! – wrzasnął Aleks i zgiął się w pół. Upuścił trzymany w ręce klucz. Wojtek zwinnie go złapał, otworzył drzwi i pobiegł na parter. Chwycił w biegu plecak i zdziwionego jego pośpiechem Mirka. Wskoczyli razem do czekającego na podjeździe samochodu. Cindy ruszył z piskiem opon. Ledwo zamknęła się za nimi brama dostrzegł wybiegającego na schody Mendozę. Pokazał mu przez okno wiele mówiący znak palcem i teraz już spokojnie, pojechał w kierunku uczelni.
- Zdajesz sobie sprawę, co cię czeka jak wrócisz do domu? – zapytał przyjaciel kręcąc głową. – A właściwie co ty mu zrobiłeś, że wyleciał taki wściekły?
- Można powiedzieć, że nieco ostudziłem jego zapał – odezwał się zmieszany Cindy. – Nie pozwolę mu sobą manipulować!

***

Magda przyglądała się stojącej naprzeciwko niej kobiecie i mięła w dłoniach jasny warkocz. Długie rzęsy rzucały cienie na jej blade policzki, a błękitne oczy patrzyły tak niewinnie jak u niemowlęcia. Drobna, wystraszona, z drżącymi ustami wzbudzała instynkty opiekuńcze u każdego kto na nią spojrzał. W tej chwili nikt, patrząc na nią, by nie powiedział, że płynie w niej dzika i gorąca krew Piekiełków.
 - Jestem Emilia i pokażę ci moje królestwo – odezwała się brunetka. – Nie martw się o siostrę. Kordelia ją oprowadzi – wskazał na swoją towarzyszkę.
- Magda – pisnęła cichutka dziewczyna.
- Musisz się jednak przebrać. O tej porze dom jest już pełen klientów i nie mogę pozwolić, żeby chodził po nim taki kocmołuch – wcisnęła jej do ręki sukienkę i buty i zaprowadziła do łazienki.
- Odwróć się, nie będę się przy tobie ubierać!
- Najpierw prysznic kotku, dama powinna ładnie pachnieć – otworzyła kabinę i wepchnęła do niej zarumienioną ofiarę.
- Zamknij oczy i przestań się gapić! – wrzasnęła zirytowana blondynka.
- Proszę bardzo i tak nie ma na co! Same kości i skóra, w dodatku krasnoludek – uśmiechnęła się złośliwie Emilia i zamknęła oczy.
- Zamknij się wielka babo – woda szumiała tłumiąc jej głos – nie każdy chce być taką cycatą amazonką. Pewnie swojego faceta nosisz na rękach, co? – odcięła się dziewczyna i zaczęła myć. Kobieta spod spuszczonych powiek obserwowała kąpiącą się złośnicę. Dawno już nauczyła się tej przydatnej sztuczki. Naprawdę było na co popatrzeć. Przyzwyczajona do pewnych siebie piękności, z przyjemnością obserwowała tę skromną urzędniczkę. Miała wspaniałą, kremową skórę i delikatne kształty. A kiedy przed oczami mignął jej różowy sutek na niewielkiej, krągłej piersi poczuła w dole brzucha narastające gorąco. Ścinany kabiny były całkowicie przeźroczyste.
- Pośpiesz się, tu jest strasznie duszno! – krzyknęła i wyszła z łazienki. Emilii bardzo spodobało się to co zobaczyła i zaczęła się zastanawiać jakby tu zatrzymać tę pyskatą  kruszynę na dłużej. Doszła do wniosku, że to niemożliwe. Nie chciała wejść w konflikt z Mendozami. To była potężna mafijna rodzina, a jej ramiona oplatały prawie całą Europę. Nie miała jednak zamiaru odpuścić. Blondyneczka wpadła jej w oko, a ona bardzo lubiła polować i nigdy nie odpuszczała. Wiedziała, ze prędzej czy później uda jej się zdobyć małą.

Obie siostry ubrane w krótkie wydekoltowane sukienki przeżyły z jednej strony przerażający, a drugiej fascynujący wieczór. Pokazano im na czym od jutra będzie polegała ich praca. Dom był ogromny, elegancki i bogato wyposażony. Otoczony dużym, zadbanym ogrodem. Kobiety w nim pracujące były bardzo wyrafinowane i piękne. Jakoś nie wyglądały na seksualne niewolnice. Sprawiały wrażenie zadowolonych i wypoczętych. Całe towarzystwo zgromadzone w salonie  śmiało się i tańczyło przy dobrej muzyce. W zacisznych kątach, których tutaj było pełno zajęte sobą parki obściskiwały się namiętnie, by po chwili zniknąć w którymś pokoi.
- Jakie masz doświadczenie? – zapytała Emilia, obserwując coraz czerwieńszą twarz dziewczyny.
- Żadne – wypaliła Magda, zanim zdążyła pomyśleć. Miała ochotę odgryźć sobie język. Brunetka wpatrywała się w nią mocno zaskoczona.
- Przecież ty masz z 23 lata co najmniej. Naprawdę z nikim nie spałaś?
- No to co! Czy jest w tym kraju jakiś limit czasu na stracenie cnoty czy coś?! – warknęła zmieszana dziewczyna.
- Och, jesteś warta więcej złota niż ważysz – podekscytowała się Emilia. – Wiesz ile płacą za noc z dziewicą? Nie martw się, znajdę ci kogoś na poziomie, kto zrobi to delikatnie – pogłaskała po policzku Magdę, która wpatrywała się w nią z obrzydzeniem.
- To ohydne, jak możesz się zajmować czymś takim? – odtrąciła jej dłoń jakby co najmniej była trędowata.
- Ech, ale z ciebie niemądre stworzonko! Powiedz mi, ile dziewczyn na tym świecie może powiedzieć, że miało naprawdę piękny pierwszy raz? Przeważnie towarzyszy mu wstyd, ból, nieporadność, nic co warto by było wspominać. Jeśli będziesz grzeczna, to mogę sprawić, że będziesz miała piękne wspomnienia – spojrzała jej twardo prosto w oczy.
- Nie zbliżaj się do mnie – Magda zmierzyła ją pogardliwym wzrokiem i odwróciła głowę. – Jesteś wstrętną handlarką żywym towarem i zmuszasz te biedne kobiety, aby tutaj pracowały. Nie chcę żebyś mnie dotykała i tak już czuję się brudna!
- Aleś ty naiwna, są tu bo chcą i wiedzą doskonale, że ja zatrudniam tylko najlepsze. W ciągu dwóch lat są w stanie zarobić na porządne mieszkanie i samochód. Nie lubią brudzić sobie wypielęgnowanych rączek i takie życie sobie wybrały. Niektóre z nich pochodzą z takich rodzin, że to miejsce wydaje się im rajem, ale co taka wychuchana dziewczynka z dobrego domu może o tym wiedzieć. Zmiataj do swojej sypialni – zatrzymały się przed znanym dziewczynie pokojem..
- Masz rację nic o tym nie wiem, ale wolałabym umrzeć niż robić coś takiego – spojrzała w twarz Emilii i zobaczyła chłodną maskę. Nawet jej oczy były nieprzeniknione, zupełnie jak kawałki czarnego kryształu. – Przepraszam, nie powinnam była tego mówić.
- Byłaś po prostu szczera, a ja doskonale wiem, co się o nas mówi. Idź już spać – otworzyła przed nią sypialnię.
- Ale co będzie z nami?- zapytała Magda, a w jej głosie słychać było strach.
- Nie bój się, jutro będzie nowy dzień – Kobieta zamknęła za nią drzwi na klucz. Usłyszała oddalające się kroki. Na łóżku zobaczyła rozwaloną siostrę, która wpatrywała się w nią z niepewną miną.
- Co robimy? Widziałaś to wszystko? – zatoczyła ręką łuk Olga.
- Tak, jutro jak tylko nas stąd wypuszczą, uciekamy. A teraz się trochę zdrzemnijmy - z westchnieniem wyciągnęła się na materacu.

Tymczasem w kuchni, przy dużym , sosnowym stole siedziały w koszulach nocnych Kordelia z Emilią i popijały kakao. Lubiły ten czas, który miały tylko dla siebie. Przeważnie niewiele się odzywały. Przyjaźniły się tak długo, że rozumiały bez słów.
- Zabawne sroki prawda? Jak ja im zazdroszczę tej beztroski.
- Taa… życie je jeszcze wszystkiego nauczy. Jutro zostaw otwarte drzwi jak będą jadły śniadanie.
- Ale Emi, miały tu być trzy dni. Mendoza nie będzie zadowolony – mniejsza z kobiet popatrzyła na brunetkę zaskoczona. Doskonale widziała, że coś jest nie w porządku.
- Zrób co mówię, nie chcę ich tu widzieć!
- Dobrze, nie denerwuj się. Skoro ci czymś podpadły jutro się ich pozbędziemy – pogłaskała ją uspokajająco po ramieniu.

***

Wojtek z Mirkiem czekali w samochodzie do ostatniej chwili. Patrzyli po sobie i żaden nie miał odwagi wyjść pierwszy. Tuż przed dzwonkiem pognali do swojej sali wykładowej. Gdy się pojawili wszystkie oczy zwróciły się na nich. Ludzie zaczęli mówić jeden przez drugiego. Zarzucili chłopców milionem pytań na temat ich świńskiej przygody. Na szczęście profesor był punktualny i jego przybycie zakończyło żywą dyskusję. Przez kilka godzin wykładów otaczający ich studenci mieli czas odrobinę ochłonąć, a obaj zażenowani przyjaciele przywyknąć nieco do sytuacji. Po wyjściu nauczyciela wszystko zaczęło się od nowa, tylko już nieco spokojniej. Niemądre uwagi padały jedna po drugiej.
- Wojtek, od jakiegoś czasu ludzie się zastanawiali, co takiego Mendoza w tobie widział, że się zaręczył. Teraz wiemy, że to twój tyłek go oczarował.
- Przez pośladki do serca mężczyzny – pisnęła jakaś dziewczyna – jesteś moim idolem.
- O tak, te merdające się na twojej pupie kokardki były takie fascynujące.
- Dajcie mu do cholery święty spokój! – Mirek nie wytrzymał i wrzasnął na całą salę, niepotrzebnie zwracając na siebie uwagę obecnych.
- O młody - jeden ze studentów objął go ramieniem – nie bądź zazdrosny, twoje klejnot też są pierwsza klasa. - Wszyscy wybuchli zgodnym śmiechem. Chłopcy siedzieli czerwoni jak buraki w środku grona żartownisiów. Mieli ochotę zapaść się pod ziemię.
- Idziemy – Wojtek złapał kumpla za rękę. – Właśnie dostałem wiadomość od Aleksa. Czeka na nas przed bramą. Musimy ich jakoś zgubić, bo się znowu wścieknie. – Zerwał się i pociągnął przyjaciela w stronę drzwi. Biegli z całych sił przez pustawe o tej porze korytarze. Niestety przed budynkiem stała grupka studentów ze starszego rocznika. Natychmiast ich rozpoznali i nie chcieli przepuścić.
- Słoneczko, daj mi swój numer – zachichotał jeden z nich do ucha Cindy. Zaczęli obleśnie rechotać. Zbliżyli się jeszcze bardziej, tak, że chłopcy czyli na sobie ich przesycone tanim winem oddechy. Właśnie zaczęli zaciskać pięści kiedy nastała cisza. Napastnicy zaczęli się odsuwać, a ich oczy były okrągłe ze strachu. Wojtek obejrzał się i zobaczył Aleksa z dwoma ochroniarzami, zbliżającego się do nich z zaciętą twarzą.
- Precz – powiedział spokojnie, ale w jego głosie brzmiała bardzo groźna nuta – powiedzcie sobie podobnym, że następnych idiotów, którzy ośmielą się zbliżyć do mojego narzeczonego będą musieli szukać w Wiśle. Wynocha! – studenci na chwiejących się nogach rzucili się do ucieczki. Po kilkunastu sekundach nie pozostał po nich ślad.
- Wojtek, wszystko w porządku? – Aleks dotknął delikatnie jego policzka.
- Teraz już tak – chłopak ufnie wtulił się w niego. – Dobrze, że przed nami weekend. Do poniedziałku ludzie trochę ochłoną. Gniewasz się?
- Nie, bałem się tylko, że coś może ci się stać – czule musnął jego usta swoimi.
Po chwili cała grupa siedziała już w samochodzie. Szybko przemierzali ulice Krakowa. Było już późne popołudnie i tłok na drogach nieco się zmniejszył. Natomiast ładna, wiosenna pogoda spowodowała, że wiele osób wyszło po prostu na spacer.
Mirek siedział cichutko jak myszka, starając się nie zwracać na siebie uwagi Mendozy. Zaczął zastanawiać się czy szef będzie w domu. Nie mógł się wiecznie ukrywać. Miał przecież swoje obowiązki. Gdy zatrzymali się przed bramą chciał się wymknąć ukradkiem, ale Aleks złapał go za ramię.
- Uważaj na siebie i idź prosto do domu, jak coś ci się stanie Wojtek będzie się martwił. – Chłopak zerknął na niego zaskoczony. Nie spodziewał się po nie lubiącym go gangsterze takiego tekstu. Niemożliwe, żeby się o niego martwił. Skinął tylko głową na pożegnanie i wysiadł z samochodu. Już miał wejść przez bramę, kiedy przypomniał sobie, że w domu nie ma mleka. Zawrócił w kierunku najbliższego supermarketu. Ulica z obu stron obsadzona była wysokimi krzewami i rozłożystymi lipami. Szedł powoli, nigdzie śladu żywego ducha. Dzielnica w której mieszkał była bardzo bogata. Tutaj prawie nikt nie chodził na piechotę. Zamyślony Mirek nie zauważył skradających się za nim kilku sylwetek. Poczuł tylko uderzenie w głowę i osuną się w ciemność. Zanim zupełnie stracił przytomność do jego uszu dotarło jeszcze kilka zdań.
- Co z nim robimy? Ten blondynek był jakiś niezdecydowany.
- Głupie pytanie, wiesz jakie mamy zlecenie. Najpierw trzeba go pobić i okraść, by wyglądało na napad – zakapturzony mężczyzna wziął zamach i kopnął z całej siły w udo leżącego na chodniku chłopaka.


sobota, 23 lutego 2013

Rozdział 15


Aleks miał przed samym nosem wszystko co najlepsze, czyli goły tyłek Wojtka. Kusząco wypięty, wprost zapraszał, aby zatopić w nim zęby. Aksamitna skóra smakowała wspaniałe. Mężczyzna pomrukiwał z zachwytu, lizał ją i kąsał, zagłębiając ciekawski język raz po raz w szparę między pośladkami. Chłopak wił się pod nim jak wąż. Nie mógł się zdecydować czy ma uciekać z łap tego drania, czy też zostać i poddać się jego oszałamiającym pieszczotom. Samochód był co prawda przedzielony grubą szybą, ale kierowca nie był jednak głuchy. Na pewno słyszał wydobywające się z jego ust żenujące dźwięki. Nagle auto zahamowało i obaj polecieli do przodu. Cindi z piskiem wylądował na podłodze, u stóp Mendozy.
- Przepraszam, nic ci się nie stało? – Aleks pomógł mu wstać.  Zmieszany chłopak podciągnął obcisłe majty, co wcale nie było takie łatwe, zważywszy na spory problem między nogami. Mężczyzna widząc jego nieporadność, odsunął drobne dłonie i delikatnie zawiązał nieposłuszne wstążeczki.
- Uff…- sapnął  chłopak i zaczerwienił się gwałtownie, kiedy dotknął jego sterczącego penisa. Wdrapał się narzeczonemu z powrotem na kolana. Objął go rękami i nogami, ukrył rozpaloną buzię na muskularnej piersi.
- Wojtek, jesteśmy przed domem – spróbował go oderwać od siebie Mendoza, ale mały kleszcz trzymał się niezwykle mocno. Nie miał wyjścia i wysiadł z przyklejonym do siebie Cindy, który ocierał się o niego sugestywnie, doprowadzając jego krew do wrzenia. – Cholera, wykończysz mnie – zatoczył się lekko na schodach. Wszedł do salonu i oparł swój słodki ciężar o ścianę. Chłopak niepewnie stanął na drżących nogach. Szybko oddychał, oczy miał zamknięte. Ciemne rumieńce i zaciśnięte mocno uda wyraźnie wskazywały na to, co przeżywa. Aleks jak przez mgłę pomyślał, że powinni iść do sypialni. Nie mógł jednak oderwać od niego wzroku. Chwycił małą dłoń, ale został stanowczo pchnięty w dół i posłusznie opadł na kolana.
 - Proszę, zrób coś – jęknął cicho Wojtek. Czuł gorący oddech blisko swojego penisa i był bliski szaleństwa z pożądania. Mendoza nie dał sobie tego drugi raz powtarzać. Sprawnie opuścił w dół falbaniaste majteczki i zadarł do góry różową spódniczkę.
- Och…- westchnął na widok prężącego się przed nim dumnie, sączącego członka. Natychmiast się nim zajął z wielką starannością. Objął go u nasady jedną ręką, a drugą zacisnął na jędrnych pośladkach. Polizał łakomie małą dziurkę i wziął głęboko do gardła bordowego od nabiegającej krwi penisa. Ssał go i lizał jednocześnie, wyrywając z ust Cindy coraz głośniejsze, ochrypłe okrzyki rozkoszy. Poczuł jak smukłe palce wbijają się w jego czuprynę i przyciągają go jeszcze bliżej.

***

Tymczasem w domu Piekiełków, siostry Wojtka siedziały przed telewizorem oniemiałe z wrażenia. Właśnie oglądały Regionalne Wiadomości z Małopolski. Obszerna relacja na żywo, poświęcona była akcji charytatywnej zorganizowanej na rzecz schroniska przez panią Oliwię. Oczywiście dostały na nią zaproszenia, ale nie poszły, ponieważ nie znosiły tych bogatych snobów, którzy tłumnie tam przybyli. Były bardzo zaskoczone kiedy pod sam koniec programu zobaczyły swojego brata i jego głupiego kumpla taplającego się w błocie ze świnkami. W dodatku ubranych w nieprzyzwoite, kuse sukienki, które więcej odkrywały niż zakrywały. Nie mogły uwierzyć, że taka dama jak matka Aleksa, pozwoliła na coś takiego.
- Powiedz, że to mi się śni! – pisnęła Magda, złapała się za głowę i zaczęła szarpać jasne włosy.
- Też widzisz Wojtka przebranego jak panienka z pornosów klasy S? – zawtórowała jej Olga. - Jasny gwint! – jęknęła na widok ich małego braciszka, wypinającego ozdobiony czerwonymi kokardkami tyłek wprost do kamery.
- Idziemy tam! Nie pozwolimy na szarganie naszego nazwiska! – zerwała się blondynka. – Mówiłam ci już na początku, że ci Mendozowie, to sami zboczeńcy! Trzeba stamtąd zabrać małego, zanim go całkiem zdeprawują. – Obie ruszyły do drzwi, zabierając po drodze śrutówkę dziadka.Wsiadły do samochodu i już po dwudziestu minutach były pod drzwiami willi Aleksa. Ochroniarze doskonale znali siostry i wpuścili je do domu nie robiąc żadnych problemów. Trochę zaskoczyła ich broń w rękach dziewcząt, ale doszli do wniosku, że to przecież tylko taki straszak na gołębie. Piekiełkówny weszły do środka, w holu nikogo nie było.
- Chyba jeszcze nie wrócili – odezwała się Magda.
- Poczekajmy w salonie – Olga otworzyła drzwi i po kilku krokach stanęła bez ruchu, łapiąc powietrze jak wyciągnięty z wody karp. Scena rozgrywająca się przed nią zamieniła biedną dziewczynę w przysłowiowy słup soli. Jej niewinny braciszek stał pod ścianą z szeroko rozstawionymi nogami i opuszczonymi damskimi majtkami. Jęczał słodko za każdym razem, gdy Aleks wsuwał go głębiej w swoje usta. Ochoczo poruszał biodrami i ulegle poddawał się pieszczotom zboczonego drania.
- Ja pier… - kwiknęła dziewczyna i złapała się za serce. Na ten dźwięk Cindy otworzył zamglone oczy, które zrobiły się okrągłe jak spodki, na widok siostry, wpatrującej się w niego jak zahipnotyzowany królik. W tym momencie Aleks przygryzł lekko jego nabrzmiałego penisa i chłopak doszedł z głośnym okrzykiem, padając prosto w jego ramiona.
- Jasny gw….! – usłyszeli głos Magdy i jednocześnie rozległ się strzał. Trzymała w trzęsącej się dłoni odbezpieczoną strzelbę, która teraz wypaliła, potrącona przypadkowo palcem zszokowanej dziewczyny. Pocisk wbił się w ścianę, tuż koło głowy Mendozy. Przestraszony mężczyzna zerwał się i zasłonił sobą narzeczonego.
- Co wy tu do cholery robicie?! Planujecie zamach?! – wrzasnął wściekle, a w jego ciemnych oczach pojawiła żądza mordu. – Nikt was kurwa nie nauczył pukać do cudzego domu?! – Olga ocknęła się jako pierwsza, złapała oszołomioną Magdę za rękę i pociągła ją do drzwi. Wybiegły z willi jak oszalałe i zatrzymały się dopiero za bramą, zupełnie zapomniały o zostawionym na podjeździe samochodzie.
- Myślisz, że nas zabije? – zapytała blondynka jak tylko złapała oddech.
- Masz rację, na pewno będzie chciał się nas pozbyć. Może powinnyśmy się gdzieś ukryć? To było straszne! Jak on śmiał tknąć nasze maleństwo?! Jeszcze nie są po ślubie! – złapała się za zarumienione policzki.
- Taa… - potwierdziła Magda, równie czerwona jak siostra.

***
Mirek z Kaserem dojechali do willi w zupełnym milczeniu, ale chłopak dobrze widział jak szef zaciskał całą drogę pięści, aż pobielały mu kostki. Sam był ogromnie zawstydzony i zdenerwowany całą sytuacją. Nie miał pojęcia jak ze zwykłego polowania na świnki mogło powstać takie zamieszanie. Chyba pech przyjaciela przeniósł się teraz na niego. Zerknął na siedzącego obok niego w samochodzie mężczyznę i aż się wzdrygnął na widok jego ponurej, zaciętej miny. Gdy tylko znaleźli się za progiem domu Tom wystrzelił z siłą huraganu.
- Jak mogłeś tarzać się ze świniami, ubrany niczym zwykła dziwka?! – ryknął, kompletnie nad sobą nie panując. – Rozłożyłeś nogi przed połową Krakowa! – pchnął, nieco wystraszonego jego wybuchem chłopaka, na znajdującą się w holu kanapę.– Wszyscy moi znajomi, będą mnie teraz wytykać palcami, idioto!
- A co im się tak nie podobało? – wrzasnął rozgniewany jego słowami Mirek. – Moje nogi, czy to co pomiędzy nimi?!
- To może mi powiesz ile bierzesz, jak mnie przyciśnie, to nie będę musiał nawet wychodzić z domu – warknął Kaser i chwycił go za ramiona. Potrząsnął nim jak szmacianą lalką.
- Ty bezmózgie yeti – chłopak bez namysłu uderzył go dłonią w twarz, zostawiając czerwony, pięciopalczasty ślad.
- Jak śmiesz! – krzyknął mężczyzna i już miał mu złoić skórę, kiedy ten bezczelnie wystawił do niego język. To zwykłe, dziecinne zagranie spowodowało w głowie Toma spory zamęt. Spojrzał na iskrzące się z gniewu oczy, rozchylone różowe usta, zgrabne, smukłe nogi w białych kozaczkach i jego uczucia niespodziewanie odwróciły się o sto osiemdziesiąt stopni. Poczuł niesamowity głód, zupełnie jak drapieżnik na widok zdobyczy. Głośno przełknął ślinę. Przycisnął mocniej do siebie Mirka i wpił się gwałtownie w jego wargi bez żadnego ostrzeżenia. Gdy otoczył go zapach chłopaka, pożądanie uderzyło w niego potężną falą i zupełnie przyćmiło rozsądek. Wdarł się w te kuszące usta, zdobył je szturmem i natychmiast zaczął badać znajdujące się tam skarby. Wszystko było tu nowe i upajające.
Chłopak w pierwszym momencie był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się bronić przed tym niespodziewanym najazdem. Facet w jednej chwili wyzwał go od kurew, a w drugiej całował jakby od tego zależało jego życie. Prosił się o szybką śmierć. Mirek zacisnął zęby na wydatnej wardze napastnika, kiedy tylko poczuł, jak ramiona wokół niego się rozluźniają, wyrwał się i uciekł do swojego pokoju. Zamknął się na klucz i bez sił opadł na materac. W sumie, to nie miał pojęcia co o tym zajściu myśleć. Szef nie wiadomo dlaczego najpierw zachował się jak dżentelmen i zabrał go z tego przeklętego wybiegu, potem wpadł w dziki szał, a następnie o mało nie przeleciał.
- Faceci to samo zło, szczególnie ci przystojni i bogaci, którzy myślą, że są pępkiem świata. Ciekawe czy jutro będę miał jeszcze pracę – Chłopak wstał z łóżka. Całkowicie zapomniał jak wygląda. Na pościeli została brązowa plama z błota. Podszedł do okna żeby przewietrzyć sypialnię. W ogrodzie za rozłożystym kasztanem zobaczył jakąś ciemną postać.  Od tygodnia miał wrażenie, że ktoś go śledzi.

***
Wieczorem, już leżąc w łóżku, obaj oglądali z niesmakiem Wiadomości w telewizji. Wojtek na widok swojego tyłka odzianego w białe, przeźroczyste majty z falbanami głucho jęknął i schował twarz na piersi narzeczonego.
- Masz może jakąś posiadłość w Afryce, gdzie nie ma prądu? – wymamrotał w jego piżamę. – Nie idę jutro na uczelnię, zabiją mnie śmiechem!
- Głuptas – Aleks przytulił go i pogłaskał czule po głowie. – Za kilka dni zapomną, bo w gazetach pojawią się nowe sensacje. – Pocałował go w czubek zadartego nosa.
- Na uniwerku może tak, ale moje siostry będą mi to wypominać do końca życia. Widziałeś ich miny?
- Po tym jak się spuściłeś czy przed? – rzucił rozbawiony jego rozterkami mężczyzna. Uwielbiał się droczyć z Cindy, tak łatwo dawał się wyprowadzić z równowagi. Z ogromną przyjemnością obserwował emocje na zarumienionej z gniewu buzi.
- Jesteś wredny, przecież byłeś tyłem do nich. Nie mogłeś ich zobaczyć przed – odezwał się  zmieszany Wojtek. Przed oczami natychmiast mu stanął jednoznaczny obrazek.
- Tym razem miara się przebrała. Nauczę te małe jędze odrobiny kultury - mruknął i zaczął bawić się guzikami od piżamy chłopaka. Zręczne palce szybko się z nimi uporały. Nareszcie mógł dosięgnąć gładkiej skóry na jego piersi.
- Chyba nie masz zamiaru skrzywdzić moich sióstr? – zapytał odrobinę zaniepokojony Cindy. Zadrżał kiedy ciepła ręka dotarła do jego sutka.
- Nie za bardzo – uśmiechnął się drapieżnie i pochylił, by zacisnąć delikatnie zęby na nabrzmiały gruzełku.

***

Następnego dnia po południu siostry Piekiełko zorientowały się, że mają prawie pustą lodówkę. Wcześniej tego nie zauważyły, bo kompletnie pochłonęło je odgadywanie planów podstępnego Mendozy. Doszły do wniosku, że ten paskudny łajdak coś knuje. Kilkakrotnie zauważyły, że są dyskretnie obserwowane. Nie miały jednak wyjścia, jeśli nie chciały skonać z głodu musiały zrobić zakupy. Z początku Olga miała zamiar iść sama, ale jak zwykle rozsądna Magda  przekonała ją, że to niemądre posunięcie. Supermarket był po drugiej stronie ulicy. Ubrane w obszerne kurtki z kapturami wyszły z domu. Miały nadzieję, że uda im się jakoś niepostrzeżenie przemknąć. Nic bardziej błędnego. Ledwie wyszły za bramkę swojego ogrodu, obok nich, z piskiem opon zatrzymał się samochód z zaciemnionymi szybami. Wyskoczyło z niego czterech zamaskowanych drabów. Złapali klnące na czym świat stoi kobiety i wepchnęli je do auta. Zatrzasnęli za nimi drzwi. Wystraszone dziewczęta oddzielone były od swoich porywaczy kuloodporną szybą. Słychać było przez nią całkiem nieźle toczącą się dyskusję.
- Wiesz, te laski są całkiem niezłe. Może zamiast je zabijać, sprzedajmy je handlarzom.
- Ty to masz głowę stary. Będziemy mieć podwójny zysk.
- Głąby, to nie takie proste. Trzeba by je gdzieś przechować przez jakiś czas.
- Ja mam kuzynkę w burdelu, chętnie weźmie takie cizie. Zanim zorganizujemy przerzut przez granicę zdążą trochę dla nas zarobić. – Przerażone dziewczyny spojrzały po sobie. Złapały się za ręce, by dodać sobie otuchy. Nie zauważyły, jak przez otwór w suficie został wtłoczony gaz. Po chwili już spały, nie wiedząc co się dookoła nich dzieje.
Obudziły się z piskiem i gwałtownie usiadły. Leżały na wielkim łożu z baldachimem nakrytym szkarłatną pościelą. Za zakratowanymi oknami było zupełnie ciemno. Straciły poczucie czasu. Nie wiedziały ile tu już przebywają, czy to jeszcze ten sam dzień, czy może następny.
- Musimy jakoś stąd uciec – wyszeptała Magda. – Jak nas wywiozą, to już nigdy możemy Polski nie zobaczyć.
- To chyba będzie dość trudne. Na pewno Mendoza ich na nas nasłał – odezwała się drżącym głosem Olga.
- No nie wiem, wątpię żeby zdobył się na coś tak drastycznego. Jest jednak naszym szwagrem – odwróciła głowę, bo usłyszała zgrzyt otwieranego zamka. W drzwiach pojawiły się trzy wysokie kobiety. Jedna z nich chwyciła za rękę Magdę i postawiła ją na nogi. Wyróżniała się urodą wśród swoich towarzyszek. Miała długie, czarne włosy i figurę klepsydry za jaką większość dziewcząt dałaby się pokrajać. Ujęła przestraszoną blondynkę za brodę i odwróciła jej buzię do siebie.
- Milusia, tą zajmę się osobiście. Wyszkolę tak, że będzie godna króla – zmierzyła ją taksującym wzrokiem od stóp do głów i oblizała pełne usta. Czarne oczy w jasnej twarzy, o pięknej kremowej cerze błyszczały jak dwa rozżarzone węgielki.
- Zabieraj te łapy wredna małpo! – warknęła Magda i z całej siły stanęła jej na nogę.
- Uwielbiam takie dzikie kotki – uśmiechnęła się do niej drapieżnie i objęła struchlałą dziewczynę w talii. – Nauczę cię posłuszeństwa skarbie – dotknęła wymownie bicza i poufale klepnęła ją w tyłek.



sobota, 16 lutego 2013

Rozdział 14


Rozdział zainspirowany przez Pszczółka, który posłał mi zdjęcie różowego stroju farmerskiego. Pozdrowienia dla Andy, który dzielnie pomagał mi we wszystkich głupich pomysłach.




Do drzwi willi Kasera zapukał niski mężczyzna w kapturze. W rękach niósł spore pudło. Na jego widok twarz Toma rozjaśnił uśmiech. Już się bał, że jego plan ośmieszenia Mendozy spali na panewce. Ciekawy był tylko czy jego zamówienie zostało zrealizowane tak jak tego oczekiwał. Wpuścił posłańca i otworzył pudełko. Na widok jego zawartości oczy aż mu się zaiskrzyły. To będzie niezapomniane przedstawienie. Zrobi sobie kilka zdjęć na pamiątkę.
- Tylko uważajcie przy zamianie, żeby was nie złapali. Wyślij tam kogoś sprytnego – odezwał się zaniepokojony. – Nikt mnie nie może powiązać z tą sprawą.
- Szefie, jak możesz mi nie ufać? Osobiście doglądam akcji ,,Świnka”. Wszystko jest zorganizowane. Chciałem tylko byś zobaczył stroje.
- Czy wszyscy przyjęli zaproszenia? Będą dziennikarze?
- Tak, nie martw się. Przybędzie cała elita i na pewno fotki nieźle wyjdą – wyszczerzył się do niego gangster.
- Dzięki Fred – klepnął w plecy mężczyznę. – Wiszę ci przysługę.
- A właściwie co ty masz do tego Mendozy? To niebezpieczny gość i lepiej z nim nie zadzierać. Podobno kiedyś byliście bliskimi przyjaciółmi.
- Ciekawość szkodzi, czym mniej wiesz, tym lepiej! A teraz wynocha! – wypchnął go za drzwi.

***

Następnego dnia po obiedzie Mirek i Wojtek stawili się w saloniku pani Oliwii. Trzymali w rękach wręczone im poprzedniego dnia paczki z ubraniami. Usiedli na samym brzegu kanapy i spoglądali po sobie niepewnie. Poznali już trochę tę wyniosłą damę i wiedzieli, że jest kompletnie nieprzewidywalna. 
- Wy jeszcze nie jesteście przebrani? Na co czekaliście? – odezwała się kobieta i zmierzyła ich chodnym wzrokiem. – Teraz już nie mamy na to czasu. Zrobicie to na miejscu.
Po kwadransie byli w schronisku. W sali bankietowej wszystko już było przygotowane. Oprócz nich do pomocy było zatrudnionych jeszcze czterech chłopców. Pani Mendoza  poinformowała ich, kto za co będzie odpowiedzialny. Wojtek z Mirkiem zostali oddelegowani do pilnowania świnek. Mieli pokazywać je wszystkim, którzy chcieli je zobaczyć, zwłaszcza potencjalnym kupcom. Nie mogli uwierzyć w swoje szczęście. Praca wydawała się przyjemna. Obaj lubili zwierzęta, więc nie mieli nic przeciwko spędzeniu z nimi tego popołudnia. Cała szóstka udała się do szatni, by przebrać się w przygotowane wcześniej stroje. Już po chwili rozległy się pierwsze pełne niedowierzania okrzyki.
- Co się tam dzieje? – Mirek otwarł drzwi do pomieszczenia i stanął jak wryty, nie wierząc własnym oczom. Zamiast obiecanych strojów farmerskich, chłopcy trzymali w rękach fikuśne stroje farmerek – króciutkie sukienki w różową kratkę, obcisłe majtki z falbanami ozdobione czerwonymi kokardkami, wysokie białe kozaczki na obcasach. Całości dopełniały małe, słomkowe kapelusiki.
- Matko kochana! – jęknął Wojtek i osunął się na najbliższą ławkę. – Ta kobieta oszalała! Nie włożę tego za żadne skarby!
- Czego nie ubierzesz? – odezwała się teściowa stając w drzwiach. – A co to takiego? –  zrobiła wielkie oczy.
- Czyli to nie twój pomysł? – zapytał z ulgą Cindy.
- Nie, ale jest świetny – Pani Oliwi zaświeciły się oczy. – To będzie wspaniała reklama! Pewnie w sklepie się pomylili. Wkładajcie szybciutko te kiecki, są bardzo seksowne – uśmiechnęła się do struchlałych chłopaków. – Niech nikt nie waży się uciekać, bo go znajdę i wypatroszę! – rzuciła groźnie w stronę Wojtka. – Nie martw się kochanie, będziesz w tym naprawdę dobrze wyglądał – dodała słodko i wyszła ze łzami w oczach, krztusząc się ze śmiechu. Po kwadransie w szatni stało sześć milutkich farmerek ze skrzywionymi minami.
- Ale wstyd, mam nadzieję, że nie będzie tam nikogo znajomego. Dobrze, że będziemy siedzieć w tej szopie  – szepnął Mirek cały czerwony na twarzy.
- Ty chyba nie powiedziałeś Tomowi dokąd idziesz? – zapytał znienacka Kopciuszek, przerażony wizją śliniącego się na widok jego majtek Kasera.
- Nie jestem taki głupi – odburknął obrażony kumpel – oficjalnie to jestem z wizytą u chorej ciotki.
- Trochę mi ulżyło – westchnął Cindy.
- Ja bym się tak nie cieszył na twoim miejscu, bo jak ktoś doniesie Aleksowi co się tu dzieje na pewno przyjdzie podziwiać cię w czasie pracy – uśmiechnął się do niego złośliwie Mirek.
- Nawet tak nie żartuj – przeżegnał się zabobonnie chłopak.

***
Chłopcy niczym prawdziwi ninja przemknęli korytarzami schroniska do stojącej w ogrodzie szopy. Udało im się nie wpaść na nikogo. Usiedli na belach z sianem i obserwowali szalejące po pomieszczeniu zwierzaki. Były naprawdę słodkie. Dokazywały jak małe dzieci pochrząkując i trącając się nawzajem.
- Szkoda, że mają tu tak mało miejsca i nie mogą swobodnie pobiegać – odezwał się Wojtek, któremu zaczął powoli wracać dobry humor. Jak tak dalej pójdzie to przesiedzą tu parę godzin i spokojnie wrócą do domu. Wątpił by ktoś z elegancko ubranych gości chciał tutaj zawitać.
- No to mamy przerwę – uśmiechnął się Mirek. – Co powiesz na mała drzemkę? Cierpię ostatnio na deficyt snu. Ten debil Tom tak mnie denerwuje, że nie mogę potem zmrużyć oka.
- Co ty o tym wiesz?! Jakbyś w łóżku robił za przytulankę i do twoich pleców przyklejało się 80 kg czystego seksu, to ciekawe co byś wtedy powiedział. Ja nie zmrużyłem oka ani na chwilę.
- Aż tak źle? Nie trzeba było tak szaleć za pierwszym razem. Teraz tyłek boli i pokutę trzeba odprawić – zachichotał chłopak patrząc na jego pośladki.
- Zamknij się idioto! – wrzasnął zarumieniony Cindy. – Ciekawe jak będziesz wyglądał, gdy napalony Kaser dobierze się w końcu do ciebie – dorzucił złośliwie.
- I ty się mienisz moim przyjacielem?! Ja ci dam mała gnido! – Mirek rzucił się na Wojtka i zwalili się na klepisko razem ze stertą siana. Spłoszone świnki rozbiegły się na wszystkie strony. Spanikowane zwierzaki wpadły na boczne drzwiczki, które prowadziły na spory wybieg. Wzajemnie się przepychając uciekły na zewnątrz z głośnym kwikiem.
- O kurde, teściowa nas zabije! Tam jest sakramenckie błoto, wczoraj padał deszcz! Pracownicy schroniska pucowali te potworki przez trzy dni, specjalnie na dzisiejszą fetę! – zawołał załamany Wojtek, otrzepując sukienkę z pyłu.
- Dobra,w takim razie trzeba wyłapać te dranie! Chodź – pociągnął Cindy za rękę i na czworakach wyczołgali się przez wąskie przejście. Ogrodzony teren miał chyba z pół hektara. Większość pokrywały głębokie kałuże, pełne paskudnej, śmierdzącej brei. Świnki niestety różami nie pachniały. Pole minowe w porównaniu z tym, to była pestka. Obaj ślizgając się ruszyli niepewnie do przodu.
- Ubrudziłem sukienkę i majtki przykleiły mi się do tyłka – westchnął Wojek.
- Cholerne kozaczki, nie umiem chodzić na obcasach – zawtórował mu Mirek.
***
Aleks właśnie brał relaksującą kąpiel, kiedy zadzwonił telefon. Sięgnął po niego bardzo niechętnie i zerknął na wyświetlacz. Oczywiście Zbych. Chłopcy często zwracali się do niego z jakimiś bzdurami, a to był pierwszy jego wolny dzień od niepamiętnych czasów. Matka zabrała Wojtka, więc mógł się wyluzować. Wiedział, że narzeczony czuł ogromny respekt przed nią i będzie się pilnował. Zapowiadała się spokojna sobota z piwkiem w ręce. Do tego za chwilę miał zacząć się w telewizji ciekawy mecz. Aleks obmył się pośpiesznie, zarzucił na siebie szlafrok i poszedł do salonu. Niestety komórka nie przestawała dzwonić. W końcu niechętnie odebrał.
- Czego znowu?! – warknął groźnie.
- Wiem, że jest weekend, ale to chyba ważne – zaczął niepewnie gangster.
- Jeśli chodzi o jakieś bzdury, to zostanie z ciebie mokra palma! – wrzasnął Aleks, bo zawodnicy wyszli na boisko i właśnie zaczynała się rozgrywka.
- Pani Oliwia przeszła dzisiaj samą siebie. Dziennikarze uwijają się jak w ukropie. Za chwilę aparaty zapalą im się w rękach! Chyba powinieneś to zobaczyć!
- Co może być ciekawego w nudnym bankiecie? Pierwszy raz świnie widzą, czy coś? – zapytał zniecierpliwiony Aleks, ale w głowie zaczynała mu migotać czerwona lampka. – Co robi Wojtek?
- Łapie z tym swoim kumplem zwierzaki i wszyscy polecieli to oglądać. To lepsze niż rodeo – zachichotał Zbych i wyłączył telefon.
- Czekaj… no … - niestety telefon wyraźnie podawał, że abonent był chwilowo niedostępny. Na myśl o Cindy i jego wrodzonym pechu, włosy stanęły mężczyźnie dęba. Ubrał się w ekspresowym tempie i po dziesięciu minutach był już przed bramą. O dziwo, na chodniku minął się z wystrojonym w najlepszy garnitur Tomem.
- A ty gdzie? – warknął na widok jego zadowolonej gęby.
- Na bankiet, twoja matka mnie zaprosiła – rzucił Kaser i wskoczył do swojego samochodu, zanim Aleks zdążył go zatrzymać. Mina starego kumpla była bezcenna. Za żadne skarby nie miał zamiaru opuścić tego cyrku.
- Zatrzymaj się cholerny palancie! – wrzasnął za oddalającym się autem wściekły Mendoza. Musiał wyprzedzić tego drania i dopaść Wojtka zanim narozrabia, o ile już tego nie zrobił. Nie podobał mu się ten szeroki uśmiech Toma. Wyraźnie coś knuł.

***
Tymczasem Mirek z Wojtkiem przeżywali ciężkie chwile. Świnki okazały się szybkie i niesamowicie zwinne. Już po kwadransie cali byli upaprani w błocie. Cieniutkie, wilgotne sukienki przywarły do ich ciał jak druga skóra. W dodatku podniosły się do góry, tak, że widać im było falbaniaste majty. Mokre stały się półprzeźroczyste. Przewrócili się już tyle razy prosto w brązową paćkę, że stracili rachubę.
- Wyglądamy gorzej od nich – zrezygnowany Wojtek wskazał ręką na zwierzaki, zachwycone tą nową zabawą w berka.
- E tam, sprężaj się, bo mamy coraz większą widownię, a zostało jeszcze kilka świnek do złapania – krzyknął speszony Mirek, patrząc na kibicujących im coraz głośniej, roześmianych gości. Cindy, rzucając się na kolejnego zwierzaka, potknął się i wpadł prosto w głęboką kałużę. Zobaczył za ogrodzeniem przerażoną twarz teściowej, a obok niej pana z kamerą na ramieniu.
- Wyłaźcie stamtąd! – dobiegł chłopaka jej krzyk. W tym momencie śliski potworek wymknął mu się z rąk, a on upadł twarzą prosto w kałużę, wypinając do góry okrągły tyłek. Wszyscy zgromadzeni zaczęli entuzjastycznie klaskać.

   Aleks wszedł do schroniska ramię w ramię z Kaserem. Nie miał zamiaru ustąpić mu pola. Zaczął rozglądać się za niepoprawnym narzeczonym. Ze zdziwieniem zauważył prawie pustą salę bankietową. Natomiast z ogrodu dobiegły go przeraźliwe piski i okrzyki.
- Gdzie się wszyscy podziali? – zapytał przechodzącego kelnera.
- Poszli na tyły oglądać jak wyłapują świnki. Podobno niezła zabawa. Szkoda, ze muszę tutaj pilnować drinków, ale jutro pewnie wszystko będzie w telewizji, bo nawet TVN przyjechał – rozgadał się chłopak. Mendozę ogarnęły złe przeczucia , tym bardziej, że Tom posłał mu rozbawione spojrzenie. Pobiegł szybko we wskazanym kierunku. Rzeczywiście wszyscy stali wokół wybiegu i wrzeszcząc, dopingowali kogoś, kogo nie było widać. Aleks podszedł bliżej, obok niego stanął Kaser.
- Och, czy to nie twój Wojtuś tapla się w błocie ze świnkami? Wygląda jak by był nagi! Co za tyłek! – uśmiechnięte usta mężczyzny po prostu się nie zamykały. Patrzył pożądliwie na fantazyjne kokardki na pośladkach chłopaka.
- Jasny gwint, zzabiję go – zdołał wyjąkać wściekły Aleks. Ściągnął marynarkę i ruszył w kierunku bajorka, w którym utknął Cindy.
- Trzeba przyznać, że wy Mendozowie umiecie bawić gości – dolewał oliwy do ognia Tom. Był wniebowzięty, jego plan powiódł się nadzwyczajnie. Dookoła słychać było trzask aparatów fotograficznych. Jutro pupa Wojtka, będzie słynna na całą Polskę. Zemsta jest taka słodka.
    
   Kopciuszek w pewnym momencie poczuł, że podnoszą go czyjeś silne dłonie. Na ramiona narzucono mu marynarkę. Chociaż na niewiele się to zdało, bo i tak długie nogi chłopaka w seksownych, białych kozaczkach były dobrze widoczne. Został wzięty na ręce. Rozległy się brawa i gwizdy publiczności. Podniósł głowę chcąc podziękować za pomoc i napotkał płomienny wzrok Aleksa. Czarne oczy mężczyzny dosłownie świeciły w bladej ze złości twarzy.
- Ach, jja…- pisnął cichutko i ukrył twarz  na piersi mężczyzny. Znieruchomiał i udawał, że go nie ma. Dusza ze strachu powędrowała mu do pięt.
- Lepiej się nie odzywaj! – warknął do niego Mendoza. Gdy przechodził obok Toma, zobaczył jego uśmiechniętą twarz i krew w nim zawrzała.
- Fajne przedstawienie – nie mógł powstrzymać się mężczyzna. Mina byłego kumpla była warta każdych pieniędzy. Zazdrośnie przyciskał do klatki piersiowej swój skarb, starając się zasłonić go przed oczyma gapiów.
- Nie ciesz się debilu, tylko ratuj swojego gosposia – wykrzywił się do niego Mendoza i przyśpieszył kroku. Nie widział już jak mężczyzna rzuca się w stronę wybiegu i jak sarna przeskakuje wysokie ogrodzenie.
Gdy doszli na parking Aleks bezceremonialnie wrzucił Kopciuszka do samochodu. Z satysfakcją zauważył jak wycofał się na drugi koniec siedzenia i skulił w kąciku.
- Ty paskudna, mała cholero, ani na chwilę nie mogę zostawić cię samego! – ryknął na niego, złapał w talii i posadził sobie na kolanach.
- Nnie chciałem – wyszeptał Wojtek i objął go za szyję brudnymi łapkami z miną zbitego szczeniaczka.
- Zwariuję prze ciebie – rozeźlony mężczyzna podniósł go i przełożył sobie przez uda. Zsunął majty i wymierzył piszczącemu chłopakowi kilka solidnych klapsów. Nie było to wcale dobrym pomysłem. Widok zaróżowionych, jędrnych pośladków spowodował natychmiastowe podniesienie ciśnienia w dolnych partiach ciała Aleksa, a że był ostatnio na diecie, nie udało mu się opanować. Kara zupełnie wyleciała mu z głowy. Wojtek właśnie zamykał oczy, oczekując kolejnego razu. Zamiast tego poczuł na zmaltretowanej pupie gorące usta.

  Biedny Mirek został sam na placu boju. Śladem przyjaciela też został pokonany przez jedną ze świnek. Poślizgnął się i upadł na plecy. Nogi rozjechały mu się na boki, a różowa kiecka podjechała aż do pępka. Przeźroczyste majty niewiele pozostawiały wyobraźni. Można było doskonale zobaczyć jego klejnoty rodzinne i płaski, ładnie umięśniony brzuch. Na ten uroczy moment trafił Kaser i poczerwieniał ze złości, słysząc ze wszystkich stron słowa uznania dla wyposażenia, umierającego ze wstydu chłopaka. Na widok szefa i jego bojowej miny miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Chodź - Tom podał mu rękę i pomógł stanąć na nogach. Obciągnął na nim sukienkę, która ledwie zakrywała mu tyłek. Popchnął go w stronę wyjścia z wybiegu. Mirek podreptał za mężczyzną ze spłoszoną miną. Milczenie zazwyczaj gadatliwego Kasera nie wróżyło niczego dobrego. Martwił się też o Wojtka, bo widział wściekły wzrok Mendozy.