Mężczyźni, których twarze zakrywały nisko opuszczone kaptury, kopali leżącego na ziemi
nieprzytomnego chłopaka. Kiedy usłyszeli nadjeżdżający samochód i nieco się
zdenerwowali. Przy tej ulicy mieszkało mnóstwo wysoko postawionych osób i
lepiej by było, żeby ich nikt nie zauważył.
- Chłopaki
kończymy! – odezwał się jeden z nich prawdopodobnie przywódca, ale nie zdążył zadać
ostatecznego ciosu. Mercedes klasy S zahamował z piskiem opon i wyskoczyło z
niego dwóch potężnie zbudowanych ochroniarzy. Za nimi biegł przerażony Tom, któremu leżąca na trawniku sylwetka wydała się znajoma. Rozpoczęła się regularna bijatyka i z daleka słychać już było
syreny policyjnych wozów, ale mężczyzna zupełnie nie zwracał na to uwagi. Uklęknął
przy leżącym chłopaku, któremu z kącika ust sączyła się krew, aż bał się pomyśleć co mogło znajdować się pod ubraniem. Ułożył jego głowę na swoich kolanach. Ściągnął
kurtkę i opatulił jego ciało. Było jeszcze dość zimno, dopiero niedawno
zawitała wiosna.
- Mirek,
ocknij się, powiedz gdzie cię boli – usiłował ocucić lecącego mu przez ręce mężczyznę.
– Wytrzymaj, nie waż się tu umrzeć! Gdzie ja znajdę takiego drugiego gosposia! –
Delikatnie ocierał mu krew z twarzy. Na szczęście wraz z policją dotarła też
karetka pogotowia. Lekarz zadał tylko kilka pytań, a gdy zbadał pobieżnie
nieprzytomnego, przełożono go na nosze i załadowano do samochodu. Tom ruszył za
nim z piskiem opon, ręce mu się trzęsły na kierownicy. Wziął głęboki oddech
usiłując się uspokoić. Mirek potrzebuje pomocy, nie mógł teraz pozwolić sobie
na spowodowanie wypadku. Równo z karetką zajechał przed szpital. Wpadł jak
burza na oddział ratunkowy. Tutaj został zatrzymany przez personel szpitala. Nie
miał wyjścia, grzecznie usiadł pod drzwiami. Ukradkiem wyciągnął komórkę i zadzwonił
do Wojtka.
Tymczasem
Mirka zabrano od razu na blok operacyjny. Miał paskudnie złamaną lewą nogę którą
od razu zoperowano, liczne krwiaki i sińce na całym ciele oraz silny wstrząs
mózgu. Na szczęście nie było krwotoku wewnętrznego czego obawiali się lekarze.
Po zabiegu przewieziono go na salę intensywnej terapii, gdzie odwiedzający nie
mieli wstępu. Nadal był nieprzytomny, ale tak było chyba dla niego lepiej,
ciało powoli się regenerowało, a on nie odczuwał skutków pobicia.
Wojtek jak
tylko dowiedział się o co chodzi, dał znać także Aleksowi i popędził so
szpitala. Spotkał się w holu z ledwo kontaktującym ze zdenerwowania Tomem. Na
szczęście operacja się skończyła i zostali poproszeni do gabinetu lekarskiego.
- Czy
panowie są rodziną Mirosława Chojnickiego? – zapytał siwowłosy chirurg, nadal
ubrany w zielony kitel.
- On nie ma
żadnej rodziny, jesteśmy jego przyjaciółmi – odezwał się przejęty Cindy. – Jak on
się czuje?
- Skoro tak,
to chyba mogę wam zdradzić, że zabieg się udał. Ma sporo ran, ale to nic
groźnego. Niepokoi mnie tylko ten wstrząs mózgu, ktoś musiał mocno kopnąć go w
głowę, ale z tym sobie też powinniśmy poradzić. Jutro powinien zostać
przeniesiony na ogólną salę i będzie można go odwiedzić. Na razie to wszystko
co mogę wam powiedzieć – uśmiechnął się do nich uspokajająco.
- Doktorze –
odezwał się Tom – gdyby pan potrzebował czegokolwiek, co pomogłoby w leczeniu
Mirka, to niech pan nie zawaha się prosić – położył swoja wizytówkę na biurku.
- A nowy
rezonas magnetyczny wchodzi w grę, bo stary zepsuł się już trzeci raz w tym
miesiącu – zażartował lekarz doskonale wiedząc, że koszt urządzenia to około
ośmiu milionów złotych. Nie znał nikogo, aż tak bogatego, by stać go było na
taki zakup.
- Jutro
proszę oczekiwać dostawy, a jeśli dobrze zajmiecie się Mirkiem, to może nawet dorzucę coś więcej – odpowiedział poważnie
Kaser, wziął Wojtka pod rękę i obaj już nieco spokojniejsi wyszli z gabinetu.
Chirurg jak tylko zamknęły się za nimi drzwi wyszedł do recepcji, by zamówić
sobie jakąś kolację.
- Co ma pan
taką dziwną minę doktorze? – zapytał z uśmiechem portier.
- Wyobraź sobie
Władek, że ci państwo, którzy przed chwilą wyszli, obiecali mi na jutro nowy rezonans.
Nie mieli pojęcia o czy mówią. Chciałbym widzieć ich miny jak zobaczą cenę –
roześmiał się lekarz. Jakie było jego zdziwienie, kiedy następnego dnia rano
wszedł do szpitala i w holu czekało na niego trzech mężczyzn. Jeden z nich
podszedł do niego z jakimiś dokumentami.
- Doktor
Cisowski?
- A o co
chodzi? – nie miał ochoty zaczynać dnia od dyskusji z jakimś przedstawicielem
firmy farmaceutycznej.
- Mam dla
pana przesyłkę i trzeba ją pokwitować – wręczył mu fakturę.
- Osiem milionów
dwieście tysięcy?! Co to u licha jest, jakiś kawał?! – wykrzyknął przeglądając
gorączkowo papiery.
- Skąd, rezonans
od pana Kasera, powiedział, że jak dostarczymy go rano, to dostaniemy premię –
uśmiechnął się do lekarza, który właśnie osunął się na najbliższe krzesło i zaczął
ocierać pot z czoła.
- Władek,
miej serce i podaj mi mineralną z lodówki, jakoś mi słabo – zawołał do portiera
chirurg, właśnie skłonny uwierzyć w opatrzność.
***
Mirek szybko
wracał do zdrowia codziennie odwiedzany przez przyjaciół. Dwaj pacjenci leżący
z nim na sali zazdrościli mu licznych wizyt. Tymczasem sam chłopak nie był aż
tak bardzo zachwycony, ponieważ oprócz najbliższych, drzwi szturmowali liczni wielbiciele, którzy na jego
nieszczęście nie zapomnieli nieszczęsnego reportażu o świnkach. Dzięki Kaserowi
porządku pilnowali jednak dwaj ochroniarze i nie wpuszczali do środka nikogo
obcego. Personel szpitala bawił się doskonale, obserwując te podchody
zauroczonych Mirkiem fanów, tym bardziej, że wszystkie te czekoladki, torciki i
inne słodkości lądowały w dyżurce pielęgniarskiej lub lekarskiej. Zdenerwowany tłumami
natrętów chłopak kazał je tam za każdym razem odsyłać.
Tego dnia Mirek miał jeszcze większy powód do
złego humoru. Dzisiaj lekarz powiedział mu , że jutro może już wyjść do domu.
Martwił się co teraz zrobi. Był całkowicie unieruchomiony na najbliższe cztery
tygodnie. Pewnie straci pracę i przyjdzie mu iść pod most, bo jego
oszczędności na długo nie starczą.
- Coś taki skrzywiony?
Boli cię coś? – rzucił już od progu Wojtek, na widok miny przyjaciela.
- Nie, tylko mnie odsyłają do domu i
nie wiem, co teraz będzie – nie chciał narzucać się kumplowi, który miał
wystarczająco dużo własnych problemów i niepotrzebny mu jeszcze kaleka z
gipsem.
- Jak to co? – odezwał się Kaser,
który stał na korytarzu i już od kilku chwil przysłuchiwał się ich rozmowie. –
Wracasz do domu i odpoczywasz. Zatrudniłem na godziny panią Stefanię, zajmie
się na czas twojego leczenia domem. Posprzątała już twój pokój i wstawiliśmy ci
tam łóżko ortopedyczne. Jest całkiem wygodne, sam sprawdzałem – uśmiechną się
do zaskoczonego chłopaka.
- Tom, nie wiesz co mówisz, przecież
ja na razie nie potrafię się nawet sam umyć – pokręcił głową nad jego kompletną
ignorancją Mirek. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić Kasera
jako pielęgniarki.
- Z przyjemnością ci pomogę – w
głosie mężczyzny słychać było drapieżne nutki – kupiłem już nawet dwie mięciutkie,
różowe gąbeczki. – Jego oczy zaczęły wędrować po ciele chłopaka.
- Wojjteek… raatuj! – wrzasnął, przerażony
rysującą się przed nim perspektywą Chojnicki. Pełna zadowolenia twarz szefa i
błyszczące jak u złego wilka oczy nie wróżyły niczego dobrego.
***
Siostry Piekiełko siedziały w kuchni
i pałaszowały śniadanie. Poprzedniego dnia z nerwów nie mogły niczego przełknąć
i teraz puste żołądki domagały się jakiegoś paliwa. Rozmawiały przyciszonymi głosami,
bacznie obserwując otoczenie. Zauważyły, że kucharka gdzieś wyszła i zapomniała
zamknąć tylnych drzwi.
- Chodź, to nasza szansa – szepnęła Olga.
Na palcach, boso wymknęły się z domu. O dziwo nie natknęły się na nikogo. Płot
nie był zbyt wysoki, więc bez trudu go przeskoczyły. Nie miały przy sobie pieniędzy,
więc wsiadły do tramwaju i na gapę przejechały pół miasta. Ludzie dziwnie się patrzyli na ich
gołe nogi, ale nic sobie z tego nie robiły. Postanowiły od razu chwycić byka za
rogi i skierowały się prosto do domu Mendozy.
Pani Oliwia siedziała w salonie i przeglądała pocztę. Obrzuciła je
zdziwionym spojrzeniem. Brudne nogi, cienkie, poplamione bluzeczki i
przekrzywione spódnice nie były najlepszym strojem wizytowym.
- Moje biedactwa – zaprosiła ich
gestem na kanapę i nalała herbaty – co się stało?
- Chyba powinna pani spytać o to
swojego syna! – odezwała się po chwili milczenia Olga.
- Miałyśmy bardzo niemiłą przygodę –
dodała Magda, podnosząc filiżankę do ust. W tym momencie na schodach pojawił
się sam pan domu. Zatrzymał się, widać było, że jest zaskoczony ich widokiem. Przywitał
się z paniami i obrzucił siostry złośliwym uśmieszkiem.
- To jakaś nowa moda? – zapytał bezczelnie.
- Myślę, że nasz wygląd zawdzięczamy
właśnie tobie! – zaperzyła się Magda. – Ty łajzo spod ciemnej gwiazdy, chciałeś
się nas pozbyć! – wstała i zacisnęła dłonie w pięści. Siostra zrobiła to samo.
- Drogie panie, macie jakieś dowody
na poparcie waszej, jakże fantastycznej teorii? – zapytał ich wyniośle Mendoza.
- No… ale przecież… My nie mamy
żadnych wrogów! – Warknęła Olga.
- Wiecie ,,kto mieczem wojuje, ten od
miecza ginie”. Pewnie zrobiłyście komuś o jeden kawał za dużo! Na waszym
miejscu przemyślałbym swoje zachowanie! – odezwał się groźnie mężczyzna i
zmierzył je lodowatym spojrzeniem.
- Dajcie spokój tym sprzeczkom! –
odezwała się pani Oliwia. – Ty idź wreszcie do swoich zajęć – wypchnęła syna z
salonu, wzrokiem wyraźnie dając mu do zrozumienia, że jeszcze się z nim
rozprawi. – A wy moje drogie, może skorzystacie z mojej łazienki. Doprowadźcie
się do porządku, a ja poszukam dla was jakiś ubrań – ruszyła po schodach na
piętro, a dziewczęta potruchtały grzecznie za nią.
***
Wojtek w czasie pobytu Mirka w
szpitalu miał rzeczywiście sporo problemów. Nie dość, że martwił się o zdrowie
poturbowanego przyjaciela, to jeszcze walczył zaciekle z rzeszą swoich
wielbicieli. Zazdrosny narzeczony wcale mu w tym nie pomagał, a wręcz przeciwnie
doprowadzał do szału różnymi głupimi uwagami i pomysłami. Co dziwne, że im
bardziej Mendoza się wściekał i odgrażał fanom Cindy, w tym liczniejszej grupie
powracali, wyraźnie tocząc z nim jakąś grę. . Mężczyzna miał wrażenie, że specjalnie
dwoją się i troją, aby doprowadzić go do szału. Jedli właśnie kolację, gdy pod
oknami rozległy się dźwięki serenady.
,,Myśl o mnie, bo ja wciąż myślę o Tobie,
I blasku Twoich oczu-zapomnieć nie mogę.
Spójrz nocą w gwiazdy srebrzyste na niebie,
A zobaczysz jak pięknie uśmiecham się do Ciebie.
Posłuchaj przez chwilę szumu wiatru w drzewach,
A usłyszysz jak moje serce dla Ciebie śpiewa.”
I blasku Twoich oczu-zapomnieć nie mogę.
Spójrz nocą w gwiazdy srebrzyste na niebie,
A zobaczysz jak pięknie uśmiecham się do Ciebie.
Posłuchaj przez chwilę szumu wiatru w drzewach,
A usłyszysz jak moje serce dla Ciebie śpiewa.”
Wojtek,
umknął przed rękami Aleksa i zaciekawiony wyszedł na balkon. Na ulicy stała
grupa mariachi w białych sombrerach, śpiewak zawodził miłosną pieśń patrząc
prosto w jego okno. Chłopak podparł się rękami na balustradzie i zachwycony
słuchał pięknej pieśni. Zupełnie przestał zwracać uwagę na dobiegające z pokoju
warczenie Aleksa. Gdy piosenka się skończyła jeden z mężczyzn rzucił na balkon
ogromny bukiet czerwonych róż. Chłopak podniósł go, wszedł do środka i wtulił w
niego twarz.
- Po co wziąłeś
to zielsko? Wyrzuć je! – Mendoza usiłował mu wyrwać z rąk kwiaty. – Jak możesz
brać prezenty od jakiegoś frajera!
- Zabieraj łapy – chłopak spojrzał na niego wyniośle -
są piękne. Ktokolwiek to był na pewno jest dżentelmenem w przeciwieństwie do
ciebie. Wie jak zdobyć serce ukochanej osoby, a przynajmniej takie sprawia
wrażenie. Nigdy od ciebie nic nie dostałem poza pierścionkiem zaręczynowym. Może
powinienem się zainteresować tym wielbicielem? – wydął usta, sprawiając
wrażenie, że głęboko się zastanawia nad tą opcją.
-
Przepraszam, chyba rzeczywiście cię trochę zaniedbałem – Aleks wziął go w
ramiona i przytulił do siebie, zgniatając między ich ciałami róże. – Może zrobimy
sobie jutro taki dzień dla nas dwojga? Mirek już czuje się dobrze, więc możesz
jeden dzień odpuścić.
- A co
będziemy robić? – ciekawość wreszcie wzięła nad nim górę.
- Zobaczysz,
to niespodzianka – Uśmiechnął się mężczyzna. Pocałował słodkie usta Wojtka i
polizał jego dolną wargę, prosząc o dostęp do ciepłego wnętrza. Chłopak z
westchnieniem poddał się upajającej pieszczocie. W obecności
narzeczonego czuł się tak bezpiecznie jakby ktoś otulił go miękką kołderką i
odgrodził od całego zła. Twarde ciało Aleksa było jak kamienny mur - mocne i
pewne. Wiedział, że coraz bardziej pogrąża się w uczuciach do niego, coraz
silniej na nim polega. Pierwszy raz tak bardzo komuś zaufał i miał nadzieję, że
nie będzie tego żałował.
